15 lat Montersi

Patrząc dzisiaj na to, gdzie jesteśmy, stwierdzam że osiągnęliśmy sukces.
Co SIĘ na to złożyło?
Historia pokazuje, że przede wszystkim dobrzy ludzie – Ludzie życzliwi, wspierający, serdeczni.

Mija 15 lat naszej obecności w Wolbromiu i niewiele więcej od założenia firmy E-SYSTEM. Patrząc dzisiaj na to gdzie jesteśmy, stwierdzam że osiągnęliśmy sukces. Co się na to złożyło? Historia pokazuje, że przede wszystkim dobrzy ludzie. Ludzie życzliwi, wspierający, serdeczni… Zacznijmy od początku.

Rok 2003 gwałtownie zakończył lekkoduszny styl życia świeżego absolwenta AGH. Było ciężko. Jednak powiedzenie „co nas nie zabije, to nas wzmocni” okazało się prawdziwe. Bardzo intensywnie poszukiwałem pracy na ziemi dolnośląskiej. Było to trudne, ponieważ bezrobocie sięgało 20%, byliśmy jeszcze przed wejściem do UE a przyszłość nie zapowiadała się różowo.

W tym czasie zwykły dzień zaczynał się od kupowania gazet, wertowania ogłoszeń z działu „PRACA”, wysyłania CV i dzwonienia do pracodawców. Sukcesem była możliwość umówienia się na rozmowę. Porażką były same rozmowy. Przynajmniej dla kogoś, kto nie miał doświadczenia zawodowego. Na jednej z takich rozmów w Środzie Śląskiej usłyszałem: „Pan nic nie wie! Myśli Pan, że przyjdzie Pan tutaj i się wszystkiego nauczy?! Mogę Pana do łopaty zatrudnić, jak już Pan bardzo chce!”

Może i nic nie umiałem i o łopatę też nie chodzi, bo lubię pracować fizycznie, jednak sposób w jaki zostałem potraktowany, spowodował że coś we mnie pękło. Ku zdziwieniu rozmówcy wyszedłem bez słowa… Dzisiaj jestem wdzięczny Opatrzności, że tak to wszystko wyszło.

powiedziałem: „Za cholerę nie będę już szukał pracy.

Wróciłem do domu i powiedziałem: „Za cholerę nie będę już szukał pracy. Muszę znaleźć inny sposób na życie.” Kilka tygodni później odezwała się do mnie znajoma Pani z Urzędu Pracy, która znała moją sytuację. Okazało się, że są pożyczki dla absolwentów – jakieś 15 tyś. zł z możliwością częściowego umorzenia. Było wręcz oczywiste, że nie mogę przegapić takiej okazji. Sterta wniosków, weksle, zabezpieczenia, poręczenia zostały złożone. Coś zaczynało się dziać!

Nazwa firmy zrodziła się w pociągu relacji Wolbrom – Katowice. Serio. :-) Wylistowaliśmy z żoną wiele różnych fraz i po kolei (nomen omen) skreślaliśmy te mniej przypadające do gustu. To był dobry czas…

W listopadzie 2003 roku zarejestrowaliśmy firmę pod nazwą E-SYSTEM Marcin Ficek. Czas do końca roku spędziliśmy na wydawaniu tych piętnastu tysięcy złotych na komputer, oprogramowanie, osprzęt. Szybko brakło gotówki i wówczas rodzina pomogła. W 2004 roku wystartowaliśmy „produkcyjnie”. Zaczęliśmy od produkcji prostych układów do płynnego wygaszania światła w samochodzie, później pojawiły się regulatory obrotów wentylatorów do PC, itp. itd.

Sprzedaż szła wyśmienicie, jeśli można tak określić obroty rzędu – 150-200zł dziennie. Nie ważne. Cieszyliśmy się z każdej wysłanej paczki, z każdego zadowolonego klienta. Weszliśmy na Allegro (wówczas to było prawie jak wejść na giełdę ;-)), przyjaciele pomogli ze stroną internetową, później pierwszy sklep internetowy.

Na Allegro, ktoś raz po raz pytał czy nie zrobilibyśmy dla niego systemu alarmowego. Samego alarmu nie zrobiliśmy, ale prawdopodobnie jako pierwsi zaczęliśmy sprzedawać gotowe – kompletne alarmy. Pozostały z tego czasu jeszcze projekty plakatów reklamowych.

W roku 2004 wróciliśmy z Wrocławia do rodzinnych wolbromskich stron. Ponieważ praca w domu od początku źle mi się kojarzyła, zdecydowaliśmy wynająć lokal. I tak 13 lipca 2004 roku o godzinie 16:59 nastąpiło uroczyste otwarcie działalności w Wolbromiu. Za wstęgę posłużył sznurek a „szampan” był rozlewany do… plastikowych kubeczków. Cieszyliśmy się bardzo z tych 19m² biura. Czy mieliśmy jakiś wielki biznesplan? Tak: pracować, dużo pracować, nie liczyć na szybki zysk…

Pierwsze lata działalności były szaleństwem. Biuro okazało się bazą wypadową na coraz częstsze instalacje. Praca w nienormowanym czasie oznaczała częste powroty do domu o 3:00…5:00 nad ranem. Prawie wszystkie zarobione pieniądze szły w inwestycje na coraz lepsze narzędzia, na towar na tworzący się magazyn… i na spłatę rat kredytu z Urzędu Pracy.

Nie pamiętam, abyśmy kiedykolwiek narzekali. Owszem były chwile trudne, ale zawsze szukaliśmy rozwiązania, patrzyliśmy w dal wypatrując „światełka w tunelu”. Znów, w pozytywnym myśleniu, bardzo pomagała rodzina i przyjaciele.

Wkrótce okazało się, że oprócz realizacji tradycyjnych montaży, sprzedajemy coraz więcej sprzętu przez internet. To były czasy, gdy rynek instalatorski bardzo się rozwijał, a w sprzedaży pojawiały się co chwila nowe, bardziej zaawansowane produkty. Klienci potrzebowali sprzętu i, co ważne, wiedzy na temat jego instalacji i użytkowania. Sukcesem okazały się nasze instrukcje „krok po kroku” opracowywane indywidualnie do każdego zestawu alarmowego. Od samego początku działalności deklarowaliśmy telefoniczne wsparcie naszych klientów. Co ciekawe, do tej pory jest to główny filar naszej działalności i strategii.

W 2005 roku postawiliśmy kolejny ważny krok w biznesie – zatrudnienie pracownika. Nie miałem pojęcia o tym, jak to zrobić, kogo wybrać, a kogo odrzucić. Intuicja jednak dobrze zadziałała, bo Adam od 2005 roku jest w naszym zespole. Często wspominamy, że został zatrudniony, bo wśród innych CV, w jego życiorysie było uzyskanie odznaki „Sprawni jak żołnierze” ;-).

Już pod koniec roku 2005 do pracy przyszedł Sylwester, który również zapuścił tu korzenie (i bardzo się z tego cieszę). Dzięki super zespołowi coraz odważniej wkraczaliśmy na rynek. Znów przyjaciele podpowiadali i pomagali życzliwie. To nie były dorady w rodzaju „po co to robisz?” albo „na co Ci to?”. To była realna pomoc w rozwiązywaniu problemów i bardzo konkretne sugestie. Bardzo jestem wdzięczny za te dobre słowa.

Kolejne lata to czas dynamicznego rozwoju. Nasz zespół także się powiększał. W 2008 roku zostaliśmy dostrzeżeni przez producentów i importerów czołowych marek systemów zabezpieczeń i monitoringu wizyjnego. Dzięki temu mieliśmy możliwość kontaktu bezpośrednio ze „źródłem”. Co ciekawe, najważniejsze nie było to, że możemy kupować taniej. O wiele cenniejsze dla nas było to, że współpracujemy z najlepszymi, że Te wielkie firmy chcą nas słuchać, rozmawiać o naszych doświadczeniach z produktami.

To wszystko bardzo nas dopingowało do dalszej, energicznej pracy. Dzięki temu mogliśmy powiększać przestrzeń firmy, zatrudniać kolejnych pracowników, poszerzać ofertę.

Nie brakowało też czasu na integrację. Pamiętam, gdy w 2010 roku wpakowaliśmy się całą firmą w autokar i pojechaliśmy ponad 600 km do Gdańska do fabryki SATEL. To było prawdziwe oblężenie!

Do tej pory przynajmniej raz w roku wyjeżdżamy „w teren” aby odsapnąć od miłej ale ciężkiej pracy, pobyć ze sobą, pośmiać się, porozmawiać…


Jest dla mnie fascynujące, jaka atmosfera panuje na tych wyjazdach: z jednej strony swoboda i pełny luz, z drugiej strony niesamowite zgranie zespołu. Wychodzi to przy różnego rodzaju organizowanych aktywnościach. A to okazuje się, że jesteśmy jedyną firmą, która zrealizowała wszystkie postawione zadania, albo ukończyła je najszybciej, miała ciekawe pomysły… To bardzo buduje. Wspaniali ludzie!…
Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do Wolbromia.

2012 rok był kolejną ważną datą i to nie tylko z powodu zbliżającego się rzekomo końca świata ani równie ważnych mistrzostw EURO w piłce nożnej organizowanych przez Polskę i Ukrainę. Równolegle do mających nastąpić wspomnianych wydarzeń, nie wierząc w przepowiednie roku 2012, czyniliśmy przygotowania do przeprowadzki do nowej siedziby firmy.

Zespół liczył około 20 osób, magazyn był mocno rozbudowany a organizowane przez nas warsztaty cieszyły się dużą popularnością – potrzebowaliśmy złapać trochę oddechu, zrezygnować z prowizorek na rzecz konkretnych rozwiązań lokalowych. Ponieważ jednak jeszcze tym razem, przeprowadzaliśmy się do wynajmowanego budynku, wiedzieliśmy że prędzej czy później trzeba będzie wykonać kolejny krok.

W 2014 roku zakupiliśmy grunt pod budowę nowej siedziby. Pieniędzy na samą budowę nie było, ale był plan, a to już coś (znów). W międzyczasie trwały dwa duże przedsięwzięcia – prace nad nową platformą internetową zawierającą sklep i stronę wsparcia oraz wprowadzenie nowej, unikalnej marki firmy. Jednym słowem: bardzo dużo pracy w bardzo krótkim czasie. Termin gonił termin. I znów, dzięki wspaniałym ludziom udało się! Źle! Nie „udało się”! Zrobiliśmy to! Światło dzienne ujrzała marka Montersi wraz ze sklepem internetowym i konkretną stroną wsparcia technicznego.

Jeśliby ktoś pomyślał, że to już moment, w którym mogliśmy złapać oddech, niech na chwilę wrócić do lat 80-tych i przypomni sobie piosenkę „Never ending story” Limahl’a. Tak, to niekończąca się opowieść i piszemy ją po dzień dzisiejszy.

W 2016 roku, po latach oszczędzania środków, w końcu rozpoczęliśmy budowę naszej siedziby. Bazując na doświadczeniach z lat poprzednich, wiedzieliśmy czego nam potrzeba. Zależało nam przede wszystkim na komfortowej pracy w nowoczesnym miejscu. W budynku, z którym moglibyśmy się identyfikować, który mógłby być naszą wizytówką. Tutaj nie było miejsca na kompromisy, zwłaszcza, jeśli chodziło o aspekty techniczne.

Ostatecznie na przełomie kwietnia i maja 2019 roku przeprowadziliśmy się do nowej lokalizacji firmy. To bardzo dobre miejsce, nie tylko ze względu na położenie, ale przede wszystkim przez atmosferę, która tu panuje. Na ten klimat, owszem, składają się takie czynniki, jak wystrój, czy liczne udogodnienia, jednak ponownie pierwszą rolę odgrywają ludzie: życzliwi, wspierający, serdeczni…

Czy to już koniec? – Na pewno nie!
Ciąg dalszy tej historii pisze się każdego dnia i to jest w niej najwspanialsze!

Dziękujemy.

Tekst za długi? Posłuchaj historii o powstaniu firmy Montersi.pl: